Meet in the middle (12 VIII 2012)

I znów zawiało ciszą, ale uspokajam: tropiciel nadal tropi i czasem nawet coś napisze, ostatnio częściej na stronie Klubu InO „Stowarzysze“.

Jednak, żeby i tutaj było co poczytać kilka słów o ostatniej imprezie zorganizowanej przez ww. Klub.

W słoneczne niedzielne popołudnie stawiamy się z D. w podwarszawskich Ząbkach na starcie Meet in the middle – nowej imprezy zaproponowanej przez początkujących budowniczych i organizatorów Kasię i Michała Woźniaków.

Tradycyjne formalności i bez ociągania, w pierwszej minucie startowej wyruszamy na etap. Trasa TZ bez nazwy* to szwajcarka, polegająca na dopasowaniu w koła i obrysy kocich głów odpowiednich wycinków pełnej mapy. Luster i obrotów szczęśliwie brak, ale trzeba jeszcze odnaleźć sześć dodatkowych PK zlokalizowanych na wycinkach znajdujących się mniej więcej w połowie linii łączącej koła (mapa dostępna w protokole).

Decydujemy się na wariant zgodny z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. Pierwszy punkt (4B) w kępie zarośli szybko wpada, drugiego (11H – zlokalizowanego na charakterystycznym drzewie) szukamy jednak dłuższą chwilę. Kolejne też dosyć sprawnie wchodzą, jednak decydujemy się (ostatecznie okazało się, że słusznie) na dwukrotny wpis BPK (D1, G7). Na punkcie przy słupie starej linii energetycznej (10K), mniej więcej w połowie trasy, spotykamy tramwaj międzymiastowy: warszawsko-wrocławsko-szczeciński. W takim składzie szukamy dwóch następnych punktów, jeden z nich (5C) sprawia nam trochę kłopotów, bo z dwóch widocznych lampionów żaden zbytnio nie pasuje. Decydujemy się na potwierdzenie jednego z nich, tego, który bardziej pasuje (później okazało się, że był to stowarzysz). Tramwaj zostaje trochę za nami i w duecie potwierdzamy dwa kolejne punkty (U, A3). Na tym drugim D. gubi okulary uciekając przed chmarą szerszeni. Ucieczka udaje się niestety tylko częściowo, paskudne owady kąsają dwukrotnie. Pokąsany palec i część czoła trochę szczypią i puchną, ale przecież trzeba iść dalej, bo w końcu paluszek i główka itd… Ponownie spotykamy znajomy pojazd szynowy, wspólnie odnajdujemy dwa następne PK (S, Q). Do końca pozostały jeszcze tylko cztery punkty, przyspieszamy, bo już wpadliśmy w chude. Ostatnie lampiony odnajdujemy dosyć sprawnie i na mecie meldujemy się z kompletem punktów i w lekkotłustym czasie.

Niedzielny popołudniowy spacer zaliczam do udanych, nowym organizatorom gratuluję załatwienia dobrej pogody, zbudowania ciekawej trasy i czekam na następne imprezy 🙂

* Po przeczytaniu protokołu okazało się, że etap jednak miał nazwę, która jakimś nieznanym trafem uciekła z wydrukowanej mapy.

1 komentarz

Filed under Imprezy na Orientację

13-15 IV 2012: Wertepy – Zbąszyń

Prolog

Była piękna początkowomarcowa niedziela… Po treningu BnO w Wiązownie przypadkowo zgadałyśmy się z Z., że obie rozpatrujemy wypad na Wertepy, ale nie mamy z kim startować. Minął prawie miesiąc, w międzyczasie zapadła decyzja o wspólnym starcie. I zapisałyśmy się. Oczywiście w kategorii PROFI, czyli długiej dla dwójek (przecież nie będziemy jechać przez pół kraju, żeby wybrać się na krótką trasę…)

PKP, czyli Pieszo K***a Prędzej?

Podróżowanie po Polsce nie należy do banalnych… Szczególnie, kiedy ma się fanaberię zabrać ze sobą rower i duży plecak.

Podróż InterRegio do Poznania spędzamy przede wszystkim siedząc wygodnie na plecakach na pociągowym korytarzu, dzielnie pilnując rowerów i przysłuchując się m.in. opowieści o zdobywaniu Łysicy na rowerze przez jednego ze współpasażerów. W stolicy Wielkopolski sprawna przesiadka do osobowego do Zbąszynia, rowery złańcuchowane, miejsce na korytarzu zajęte. Przecież to tylko godzina drogi – damy radę – myślimy. Stacja Palędzie (pierwsza stacja za Poznaniem) – pociąg staje. Mija 5, 10, 15 minut…  Awaria. Po godzinie rozprężenia w końcu ruszamy. Z opóźnieniem docieramy do Zbąszynia (szczęśliwie mamy jeszcze dużo czasu do startu, jest dopiero kilka minut po 18).

I oby peron był po lewej stronie… (fot. B.Sz.)

Bazowo

Rejestracja, odbiór numerów startowych, zakupy, kolacja, przygotowanie przepaków, herbatka, odpoczynek, odprawa, czyli nic wyjątkowego się nie dzieje. Cisza przed burzą?

Trzy, dwa, jeden… Start!

Start zaplanowany został w centrum miasta, nieopodal kościoła. Jest sesja fotograficzna, straż pożarna, na kilka minut przed północą dostajemy mapy. Początkowe warianty jakoś nie porywają…

Tuż za miastem wjeżdżamy we mgłę. Mleko, i to tłuste. Pomimo całkiem przyzwoitego oświetlenia i tak widzimy jedynie kawałek ścieżki przed kołami. Pierwsze dwa punkty łapiemy bez problemów, nawet podłoże nie jest złe. Na kolejny punkt dobijamy jakimś wariantem, który tylko częściowo jest na mapie. W odległości ok. 200 m od punktu zsiadamy z rowerów i gramolimy się na szczyt góry. Chwila czesania i jest! Można jechać dalej. Czwórka wchodzi gładko. Przy piątce Z. wcina parówkę, a ja moczę nogę w bagnie tuż przy samym lampionie. Przelot na szóstkę realizujemy wariantem autorskim, trudno dokładnie określić jakim. Ważne, że ostatecznie skutecznym i w końcu odnajdujemy ambonę z lampionem. Inwencja twórcza tak nas poniosła, że w drodze na siódemkę odwiedzamy tereny bardziej podmokłe i ogrodzone pole (potem budowniczy się dziwi gdzie my znalazłyśmy bagno – jak widać – dla chcącego nic trudnego). Zaczyna świtać, można wyłączyć lampki, mgła powoli się podnosi. Siódemka znajduje się w bardzo klimatycznym miejscu na dawnym moście kolejowym (jest to pierwszy z czterech PK w takim miejscu na całym rajdzie). Prze dnami tylko przelot do strefy zmian i można zacząć treking.

Nie ma co się ociągać, szybka zmiana butów, wałówka w łapę i idziemy. Na pierwszy punkt przelot jest dosyć długi, więc w spokoju można zjeść kabanosy, ser żółty i dopchnąć suchym chlebem. Pycha! Taki zestaw dobrze się sprawdza na rajdach (jednak w wyższych temperaturach bym zrezygnowała z sera). Cały treking poprowadzony jest w świetnym terenie jezierno-górzystym. Po drodze pokonujemy po zwalonych drzewach kilka kanałków. I trochę przysypiamy. Punkty wchodzą dosyć sprawnie, na kilka wynawigowujemy się z kilkumetrową precyzją. Ostatecznie odpuszczamy dwa najdalsze punkty, bo chcemy zdążyć przed południem, na które to zostało zarządzone zamknięcie przepaku. A w międzyczasie zrobiła się śliczna pogoda, wyszło słońce, po nocnej mgle pozostało tylko wspomnienie.

Poranna aura na trekingu. Na pierwszym planie jedno ze zwalonych drzew, po którym przechodziłyśmy (fot. B.Sz.)

Drugi etap rowerowy jest dłuższy, więc staramy nie ociągać się na przepaku. Pierwsze dwa punkty szybko wchodzą. Na następny, najdalszy, o dziwo, udało się wybrać szybki wariant po dobrych twardych drogach i nawet po asfalcie! (gwoli wyjaśnienia: twarda i niezapiaszczona droga to dobro rzadkie, o asfalcie nawet nie wspominając). Przelot z 21 na 22 nas wykańcza. Każda droga, którą wybieramy jest jedną wielką piaskownicą, prędkość spada (a większość z nich to znakowane szlaki rowerowe!). W końcu łapiemy dwa ostatnie punkty i jedziemy na przepak przed kajakami, a po drodze jeszcze czeka nas… przeprawa pontonowa.

Ponton i dwie dętki rolnicze to nasz (i naszych rowerów) środek transportu na drugi brzeg jeziora. Pakujemy rowery na dętki, przypinamy ekspanderami, wsiadamy i usiłujemy płynąć. Coś haczy. Patrzymy – rowerów nie ma. To znaczy są, ale pod dętkami. Tylko nam znanym sposobem udało się odwrócić dętki o 180 stopni wraz z przypiętymi do nich rowerami. Szczęśliwie było to kilka metrów od brzegu. Wskakuję do wody, usiłuję odwrócić dętkowo-rowerowy pakunek. Jednak bez odpięcia rowerów i ponownego ich załadowania się nie da. Drugie podejście do przeprawy zakańczamy sukcesem. Jakby rowery potrafiły mówić to pewnie by były zadowolone – w końcu wrócą z rajdu bardziej czyste niż przyjechały…

Punktualnie o 18 wsiadamy do kajaka, decydujemy się na zebranie jedynie dwóch najbliższych punktów, w końcu potem jeszcze nas czeka rolkowanie. Początkowo synchronizacja pozostawia sporo do życzenia, ale z każdym ruchem wiosła idzie nam coraz lepiej. Słońce zniżające się nad horyzontem miło przygrzewa. Po skończonym kajaku czas na jedzenie (znów zestaw kabanosowo-serowo-chlebowy) i zmianę mokrych ciuchów. Komfort wzrasta. Jeszcze tylko zorganizowanie mapy na dalszą część rajdu (nasze mapy zostały zwodowane w mapnikach rowerowych i nie bardzo nadają się do użytku) i możemy ruszać.

Etap rolkowy zaczynamy po 19, mamy pięć godzin na dotarcie do mety. Podłoże początkowej części etapu uniemożliwia rolkowanie. Gdy tak idziemy z ośmioma (łączne szesnastoma) kółkami pod pachą zatrzymuje się przy nas samochód z niemiecką rejestracją. Z wnętrza pasażer pyta czy nie wiemy gdzie jest zjazd na autostradę w stronę Świecka, na co Z., zerkając na kompas, odpowiada: „Mhmm, nieee… ale zachód jest tam!“ (tu wskazanie palcem kierunku) Mina pasażera (i moja też) – bezcenna!

Zakładamy rolki. Początkowo poruszamy się trochę nieporadnie, ale w końcu się rozpędzamy. Na pół kilometra przed PK trzeba zmienić środek transportu na buty (w końcu to etap PIESZO-rolkowy), idziemy, podbijamy, po drodze w lesie mijają nas motocykliści i quadowiec na francuskich numerach (co wywołuje rozmowę o francuskich rejestracjach). Drugi rolkowy punkt bierzemy pieszo, tuż za nim ponownie okółkowujemy się i włączamy światło. Dobrze się jedzie. Kolejne dwa punkty (na nieczynnych mostach kolejowych) szybko mijają, jednak dojazd na następny, najbardziej oddalony, zaczyna się dłużyć. Trochę go przestrzelamy, jednak szczęśliwie szybko się orientujemy. Uff, został jeszcze tylko jeden jedyny ostatni punkcik. Nogi mi się plączą, oczy zamykają (może czas zacząć ćwiczyć spanie na rolkach?), Z. zalicza kilka wywrotek. W końcu – ostatni punkt podbity, teraz tylko dotrzeć do bazy… Zerknięcie na zegarek – do północy został kwadrans. Szybka decyzja – próbujemy zmieścić się w limicie. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy tak szybko nie jechałam na rolkach. Dobrze, że jest noc i ruch na ulicy niewielki. Na metę wpadam w momencie kiedy na moim zegarku wybija północ. Udało się! Z trasą walczyłyśmy dokładnie 24 godziny.

Na mecie nie wiem co ze sobą zrobić. Siedzę, jem, piję, jakoś tak dziwnie nie musieć się ścigać. W końcu można iść spać…

Powrót na wschód

Nuda. Podsypiamy w pociągu. W TLK Poznań-Warszawa nasze rowery mają nawet miejsce wiszące (a my leżące). Mży. Wyjazd uznaję za zakończony, a rajd – udany.

Możliwość komentowania 13-15 IV 2012: Wertepy – Zbąszyń została wyłączona

Filed under Ekstremalne

„Dziadkuuu”, czyli XVIII AnInO (9 IV 2012)

Nadszedł Lany Poniedziałek a wraz z nim tradycyjne AnInO.

Budzę się po 3 godzinach snu (kilka godzin wcześniej wróciłam z gór). Śliczna pogoda za oknem zachęca do wstania z łóżka i połażenia po lesie. Po dłuższo-krótszym czasie przybywam na start w Falenicy. Zapisuję się, pobieram naklejkę i kartę startową, strzelam fotki (patrz: galeria), rozmawiam ze znajomymi. Jest sympatycznie. Cieszę się, że pomimo niewyspania zdecydowałam się do przyjechania. Po podzieleniu się wielkanocnym jajeczkiem dostajemy mapy.  Start masowy.

TS to pełna czarno-biała mapa z zaznaczonymi 9 PK. Z drugiej strony kartki narysowanych kilkanaście  małych schematów linii energetycznej 15 kV z transformatorami i słupami. Należy łącznie potwierdzić 18 dowolnie wybranych punktów, w miejscach gdzie nie ma lampionów należy spisać numer z transformatora lub słupa. Organizator w osobie Andrzeja Kę., świadom, że trasa jest prosta, uprzedza, że puchar należy się temu, kto bezbłędnie i najszybciej pokona trasę. Wszystko jasne, czyli poszli w las! Idziemy z Markiem. Najpierw zgarniamy PK najbliżej startu, potem atakujemy te bardziej oddalone. W połowie trasy spotykamy Andrzeja Kr. z wnuczką. Od tego czasu idziemy we czworo. W międzyczasie prowadzimy ciekawe rozmowy międzypokoleniowe o cenie kawałka ciasta czekoladowego, telefonowaniu z rajdów, materiałów budowlanych, wacie cukrowej i gotowaniu. Niezapomniane!

Na metę z kompletem punktów docieramy z Markiem równo w setnej minucie (Andrzej oddalił się jeszcze po kilka brakujących PK). Po nas przychodzą kolejni zawodnicy. Oglądamy wzorcówkę wcinając świąteczne ciasto drożdżowe. Patrzymy na puchar i mówimy, że pewnie nie dla nas, bo przecież taką trasę to można o wiele szybciej pokonać.

Na koniec wrażenia i spostrzeżenia (kolejność dowolna):

  1. Trasa łatwa, miła i przyjemna. W sam raz do rozpoczęcia startów w TSach.
  2. Walory edukacyjne na wysokim poziomie: nauczyłam się jak wygląda linia energetyczna 15 kV, jaki może przyjmować kształt i jak różnie mogą wyglądać transformatory.
  3. Zapewnienie wariantowości trasy oceniam na 5 (pomimo startu masowego nie zrobił się jeden wielki tramwaj, po lesie jeździły raczej pojedyncze wagoniki).
  4. Pogodę organizator załatwił świetną (a śnieg poprzedniego dnia nie nastrajał zbyt optymistycznie).
  5. Trasa idealna dla leniwych organizatorów  – transformatorów i słupów energetycznych nie trzeba specjalnie w rozstawiać.
  6. AnInO ma swój specyficzny klimat, który bardzo lubię. Nie tylko dlatego, że ten oglądany puchar jednak wygrałam : ) (ex aequo z Markiem)

Możliwość komentowania „Dziadkuuu”, czyli XVIII AnInO (9 IV 2012) została wyłączona

Filed under Imprezy na Orientację

31 III 2012: Tylko dla warszawiaków

I znów będzie ekstremalnie.

Tym razem bez wstępniaków, tylko samo „mięso“.

10:00, Warszawa, Fort Augustówka:

Przestało padać. Nawet słońce się przedziera zza chmur. Dostaję mapę do BnO. Szybki rzut oka i decyzja przebiegu zapada. Bieg sprawny, dosyć szybki, bez wpadek.

~10:20, j.w.

Zmachana po biegu zakładam rolki. Czekają mnie cztery pętle wokół kanałku. Nawierzchnia: nielubiana kostka, trochę nierówna. W 2/3 każdej pętli trzeba potwierdzić jeden PK. Jak na moje marne umiejętności rolkarskie nie jest źle. Miło, bo nadal nie pada.

~11:05, j.w.

Ściągam rolki, pobieram mapę na treking i rower. Ustalam gryplan na odcinek pieszy.

~11:15-14:30, szeroko pojęty Mokotów:

Idziemy we trzy z A. i Z. Babski dream team, czy jak tam nas zwał 🙂 Podbijamy dwa punkty niedaleko bazy, potem czeka nas długi przebieg do Metra Racławicka. Przy Chełmskiej zaczyna padać. Tuż przed wejściem do metra też. Pod drodze spotykamy kilka osób z krótkiej trasy. W wagoniku podziemnej kolejki wcinam banana. To już trzeci tego dnia. Na giełdzie komputerowej przy Stadionie Syrenki ludzie się dziwnie na nas patrzą. Punkty na Polu szybko zgarniamy, kolejne też sprawnie. Przy podejściu na Kopiec Powstania znów zaczyna lać (w międzyczasie już pokapywało ze dwa razy). Wieje. W drodze na ostatni pieszy PK zachodzimy do sklepu po parówki. A., jako znawczyni tematu, tłumaczy różnice między parówkami firmy A. a firmy I.  O czym to ludzie na rajdach nie rozmawiają 🙂 Po ok. 3 godzinach marszu wracamy do bazy.

14:30-18:15, znów Mokotów & Ochota:

Decydujemy się na atakowanie punktów przeciwnie do biegu wskazówek zegara. Pokonywaną przed chwilą pieszo trasę tym razem szybko przemierzamy na dwóch (a raczej sześciu) kółkach. Rodzynkowa – zaliczona. Inne północne punkty bezproblemowe, przy parkometrze ludzie znów się dziwnie patrzą. Chodnik wzdłuż Żwirki i Wigury do najrówniejszych nie należy. Pan na Statoilu na Garażowej jest zdziwiony, że chcę paragon. Śmigamy asfaltem po trochę bardziej znanych mi terenach. Przy ruinach budynku na Bokserskiej spotykamy parę napieraczy z naszej trasy. Znów zaczyna padać. Tym razem i grad nas nie oszczędza. Zjazd Idzikowskiego w deszczu – to jest to! Po krótszo-dłuższej chwili docieramy do odbicia na ulicę Trójpolową. Błoto mało zachęcające, ale nie mamy wyboru. Jechać się nie da, koła się przyblokowują. Napotkany kolega z długiej trasy postanowił wziąć byka za rogi, a raczej rower na plecy 🙂 Podbijamy punkt. Mapa trochę nie zgadza się z rzeczywistością, przedzieramy się w chaszczach wzdłuż kanałku. Śnieży i wieje. Został tylko jeszcze jeden malutki ostatni punkcik. Chwila poszukiwania (no przecież było do przewidzenia, że będzie postawiony od strony rzeki…) i już jedziemy wałem do bazy. Pod wiatr. Czasem dobrze mieć okulary. Docieram do bazy, którą w międzyczasie trochę zwiało i z dwóch daszków został się jeden.

~18:15-18:40, Fort Augustówka:

Kajak – ostatni etap. Rzucam rower, nakładam kapok i usiłuję wpakować się do kajaka. Zanim się obejrzę już jestem w wodzie powyżej pasa. Tak jakby mi było zbyt sucho podczas całego dnia. Zadanie: przepłynąć do końca kanałku, podbić punkt i wrócić na start. W ¾ drogi „tam“ utykam w trzcinach, zaplątuje mi się wiosło. Mam wrażenie, że sprawniej by było zostawić w tym miejscu kajak, wskoczyć do wody i resztę dystansu pokonać wpław. W końcu udaje mi się odczepić od trzcin, dobijam do lampionu, potwierdzam, wracam. Jak na moje słabe ramiona nawet przyzwoicie idzie mi to wiosłowanie. Uff, w końcu po raz ostatni podbiłam wdzięczny punkt „B jak Baza“. Finisz.

18:40+, j.w. + autobusy linii 168 i 117:

Zimno, trzęsę się. Pakuję duży plecak, zakładam suche rękawiczki i czapkę. Kiełbaska z grilla smacznie pachnie, ale w tym momencie najchętniej bym wskoczyła pod gorący prysznic. T.P. wręcza mi puchar za II miejsce w kategorii Pań na długiej trasie. To mój drugi puchar w karierze 🙂 Idziemy z A. na przystanek. Oczywiście autobus właśnie uciekł, szczęśliwie w miarę szybko przyjeżdża następny. Przesiadka na Puławskiej. W 117 jakaś starsza pani widząc mój niemiłosiernie ubłocony rower, brudne i mokre ubranie komentuje: „W moich czasach to w sobotę młodzież bawiła się na potańcówkach“.

~20:15, dom:

Siedzę w gorącej kąpieli, jest dobrze.

I myślę, że ja naprawdę lubię te rajdy.

PS. Przy siódmym deszczu i trzecim gradzie przestałam liczyć ilość opadów.

PPS. Rajdowiec przygodowy powinien być przyzwyczajony do dziwnych spojrzeń osób trzecich.

Możliwość komentowania 31 III 2012: Tylko dla warszawiaków została wyłączona

Filed under Ekstremalne

9-12 II 2012: Zimowy Rajd 360

Stoję na zamojskim rynku. Opieram się o barierkę lodowiska i obserwuję ludzi sunących w rytm muzyki. Co chwilę ktoś z nich dziwnie spogląda na bandę wariatów, którym zachciało się przy dwudziestopniowym mrozie jeździć na rowerze. Niektórzy dopytują się szczegółów całej imprezy i nie chcą wierzyć, że przed nami (tymi wariatami) 140 kilometrów trasy. Ziewam. Najchętniej bym się zawinęła w kołdrę i poszła spać.

Wybija 19:00. Rozpoczyna się prolog, czyli krótki etap pieszy po centrum Zamościa. Idziemy (tak, jako jedni z nielicznych, idziemy, a nie biegniemy), nie chcemy się zgrzać przed rowerem. Wszystkie siedem punktów obskakujemy w ok. 40 minut, nie jest źle. Szybkie dodanie warstw na głowę i dłonie, wskakujemy na siodełka i w drogę! Jest dobrze, nawet lepiej niż myślałam, nie zamarzłam po pierwszych dwóch kilometrach. Sprawnie docieramy na PK1 mijając po drodze kilka zespołów już wracających z punktu. Przekładamy mapę. Nie mogę złożyć mapy tak, żeby PK1 i PK2 były na jednej stronie i mieściły się do mapnika rowerowego. To nie wróży nic dobrego. Oznacza tylko, że czeka nas teraz długa droga do kolejnego lampionu. Jedziemy. Robi się coraz zimniej. Okulary coraz częściej przymarzają i widoczność mi się pogarsza. Pić się chce, a jak na złość butelka z wodą została w bazie (a w okolicy żadnego sklepu). Ratują nas Tomek i Ela, których spotykamy na trasie. Problemy techniczne z rowerem niestety wykluczyły ich z dalszego startu. Dają nam bidon z zamarzającą już cieczą. Pijemy. Dobre, bo mokre, nieważne, że lodowate. Jedziemy dalej. Do tej pory udawało się jechać po kawałkach prześwitującego asfaltu, jednak teraz nawierzchnia się pogarsza. Lód, śnieg, ślisko. Co jakiś czas pchamy rowery żeby się ogrzać i nie połamać na tym lodowisku. Po północy docieramy na PK2. Uff. Teraz tylko do przepaku i najgorsza część za nami. Pchamy rowery czerwonym szlakiem w dosyć głębokim śniegu. Ręka mi drętwieje. Ale w stopy przynajmniej ciepło. W końcu docieramy do drogi, którą pokrywa znaczna warstwa śniegolodu. Próbujemy jechać. Tracę kontrolę nad kierownicą, zaliczam trzy wywrotki. Lepiej chyba będzie jednak znów prowadzić rower. W międzyczasie okulary tak przymarzły, że lepiej jechać bez nich i widzieć przednie koło i pół metra przed nim, niż nic. Lampki też zamarzły i dają z siebie niewiele światła. Przed Krasnobrodem decydujemy się znów wsiąść na siodełka i ostrożnie pojechać. Dajemy radę. Zimno. Po pewnym czasie dojeżdżamy do miejsca, skąd do przepaku zostają nam jeszcze dwa kilometry „białą drogą“. Białą na mapie i białą w terenie. Nie widzimy dobrze podłoża, trochę ślisko, znów prowadzenie rowerów. Z naprzeciwka znów nas ktoś wymija (oni już są po trekingu). Do przepaku już blisko. Jednak okazuje się, że na mapie jest on trochę źle zaznaczony, w rzeczywistości jest jakieś 200 metrów dalej niż na mapie. Bezsensownie nadłożone 1,5 km łażenia z rowerem. Wkurzyliśmy się. Już co jak co, ale przepak powinien być dobrze oznaczony. W końcu o 3:40 docieramy do domku letniskowego. Zasiadam pod kocem, ogrzewam się, suszę zamarznięte rzeczy przy kominku. Usiłujemy rozwiązać zagadkę logiczną. Chyba mi zamarzły szare komórki, nie mogę wpaść na rozwiązanie. Jacek na szczęście jest w lepszej formie. Kątem oka widzę zwalniający się fotel przy kominku, chwila, i już go okupuję. Zdejmuję buty, w końcu czuję ciepło w palcach nóg. Przyjemnie. Na treking wychodzimy dopiero po dwóch godzinach odpoczynku. Świta. Długa dojściówka. Trochę za długa jak dla mnie. Ślisko. Zaczynamy od mostku linowego. Moje pierwsze doświadczenie z czymś takim. Robią nam zdjęcia i filmują. Słońce jeszcze nisko. Etap pieszy idzie nam sprawnie. Komentujemy źle postawiony jeden z punktów (na marszach byłby to ewidentny stowarzysz). W drodze powrotnej znów pozujemy do zdjęć i filmu. Pewnie jako jedni z nielicznych nie biegniemy. Zachodzimy do sklepu. Pani kasjerka mówi, że w nocy były 32 stopnie… na minusie. Wracamy na przepak, jak na nas szybko się ogarniamy i znów na siodełka. Droga, którą w nocy pokonywaliśmy pieszo teraz okazała się zupełnie przyzwoicie przejezdna rowerem. W godzinę docieramy na kolejny przepak. Słońce świeci, jest tylko 15-stopniowy mróz. W ekspresowym tempie (jakieś 15 minut) zakładamy buty narciarskie i wyruszamy na kolejny etap. Mamy tylko jedną mapę. Nie ma co mówić: wybitny biegacz narciarski (jeszcze) ze mnie nie jest. Przez pierwsze pół godziny muszę sobie przypomnieć jak się jeździ na dwóch deskach, potem już idzie lepiej. Robi się ciepło. Czapkę zamieniam na buffa, a na dłoniach mam tylko jedną parę rękawiczek. Jacek mówi, że mam go kontrolować (tutaj to on zajmuje się nawigacją), bo przysypia. Etap kończymy po niecałych 3 godzinach, szybciej niż myślała. Przed już tylko nami ostatni rower i dwa punkty do potwierdzenia. Szczególnie paskudny jest PK5, w środku niczego (czyt. brak jakichkolwiek dojazdowych dróg = znów pchanie roweru).  Jedziemy, pchamy, śniegu dużo, czuję się zmęczona. Jest! Przed dnami jeszcze tylko PK6 i szybko do Zamościa. Niemiłosiernie się dłuży. Przy zjeździe z górki łzawię, prawie nic nie widzę. Tuż po podbiciu szóstki zaczynam odczuwać dreszcze. Spinam się, już wiem, że niedaleko i droga dobra. We wszystkie dwadzieścia palców jest mi zimno. Już w granicach Zamościa zsiadamy z rowerów i postanawiamy dojść pod bastion pieszo. Jeszcze tylko PK7 i do bazy (z premedytacją odpuszczamy zadanie specjalne, i tak czas mamy najgorszy, ale chcemy mieć komplet punktów).  Jesteśmy. Jacek szuka punktu na rogu bastionu (tak jak zaznaczone na mapie), ja na górze pilnuję rowerów. Przysiadłam na położonym rowerze. Trzęsie mnie, głowa boli. &%$&!#! (cenzura) Punktu nie ma. BePeK? Jedziemy do na metę (do bazy). Jest przed 22. Wchodząc do szkoły mówimy, że jeszcze nie kończymy, nie oddajemy karty. Dziwią się. Ale przecież została ta siódemka, której nie ma. Jak to nie ma? Dowiadujemy się, że jest, tylko w „trochę“ innym miejscu. Nieważne, że to jakieś 100 metrów dalej. Sprawdzamy na rozpisce i okazuje, że ten punkt jest czynny do 7 rano. Planujemy jeszcze po niego się wybrać. Co jak co, ale niepotwierdzenie punktu oddalonego o 2 km od mety by było karygodne i nie w naszym stylu. Przebieram się, stoję pół godziny pod gorącym prysznicem. W końcu jest mi lepiej, piję herbatę (nie zwracam uwagi, że jest okropnie słodka), otwieram piwo. Nie wchodzi. Nic mi się nie chce, zaczynam odczuwać mięśnie. Jest już po 23, kiedy zakładam kalesony, bluzę, kask i znów wychodzimy na mróz prowadząc rowery (w końcu to etap rowerowy), żeby potwierdzić ten nieszczęsny ostatni punkt. W obie strony schodzi się około godzina.  Cytując klasyka: „to już jest koniec“. Oddajemy kartę. Planuję dopić zostawione piwo zagryzając bigosem. Kicha. Piwo nadal nie wchodzi, a bigos się skończył. Wcinam dwie kromki suchego chleba i idę spać. W niedzielę budzę się półtorej godziny przed budzikiem, po 7 godzinach spania. Czuję się zmulona, nie mogę dobrze zakaszleć, bo bolą mnie mięśnie brzucha (taki stan utrzyma się jeszcze przez cztery kolejne dni). Pakowanie, zakończenie. Mamy dziesiąte miejsce.

 

Było zimno. Nawet bardzo zimno. Może to i dobrze. Jest co wspominać. I ciężko będzie powtórzyć gorsze warunki temperaturowe. Czyli: może być tylko lepiej 🙂

Jeżdżenie na rajdy wciąga.

Możliwość komentowania 9-12 II 2012: Zimowy Rajd 360 została wyłączona

Filed under Ekstremalne

14 I 2012: XXXV RnO ORIENT

Tropiciel bywa na różnych imprezach, ale czasu na pisanie sprawozdań i opisywanie wrażeń już zwykle nie wystarcza.
Tym razem, w ramach relacji zapraszam do obejrzenia FILMU:

/film można otrzymać w lepszej jakości kontaktując się bezpośrednio mailem – adres w zakładce „O mnie”/

I tradycyjnie galeria zdjęć.

Możliwość komentowania 14 I 2012: XXXV RnO ORIENT została wyłączona

Filed under Imprezy na Orientację

15 X 2011: XVI Jesień Idzie

Wakacje, czyli InOwy sezon ogórkowy już dawno za nami. Nadeszła złota polska jesień, a wraz z nią szereg imprez. Na weekend „wyborczy“ (tj. 7-9 października) postanowiłam wybrać się do Pszczyny na Tropy Żubra i Drużynowe Mistrzostwa Polski. Jednak na sprawozdanie ze śląskiej imprezy przyjdzie jeszcze Czytelnikom trochę poczekać.
Na centralny październikowy weekend miałam w planach dwie imprezy: XVI Jesień Idzie i II Przejście Smoka. Jako, że przyszło mi być organizatorem (a nawet kierownikiem) tej drugiej, relacja będzie dotyczyć Jesieni.
Po trzygodzinnej jeździe rowerem z Mokotowa docieramy w końcu na start organizowanej przez Jedynkę szesnastej już edycji Jesieni Idzie. Baza usytuowana jest nieopodal Ryni, na leśnym parkingu tuż przy brzegu niewielkiego jeziorka. Rozpoczęcie, odprawa i dobrze by było wyruszyć na trasę. Przyszło nam trochę poczekać, ale w końcu wybiła godzina „0“ i w dłoniach mamy już mapę pierwszego etapu TS. Mapę – to dużo powiedziane. Jedynie dojście do miejsca, gdzie będzie podany dalszy kawałek mapy. Po kilku minutach docieramy pod wskazaną lokalizację i znajdujemy tam na drzewie kartkę z wycinkiem mapy z oznaczonym miejscem gdzie jesteśmy, lokalizacją PK do potwierdzenia i miejsca, gdzie będzie do obejrzenia kolejny fragment mapy. Rasowa pamięciówka. I tak dziesięć razy. Niby do niczego nie powinnam się przyczepić, wszystko się zgadzało (no, może poza skalą i nie do końca precycyjnym zlokalizowaniem kilku PK), żadnej „wpadki“ nie było, rekreacyjny spacer w sobotni poranek. Ale… przebiegi prowadzące wyłącznie przecinkami i szerokimi drogami leśnymi były monotonne i nużące, a potwierdzenie PK w znacznej części nie wymagało nawet schodzenia z ww. ścieżek. Niektórzy mówią, że ja to mam wymagania, ale jednak mogło być trochę trudniej. W końcu w kategorii dla zaawansowanych można pokusić się o wyrzucenie uczestników gdzieś poza główne trakty leśne. Meta i start na drugi etap zlokalizowane były w bazie. Chwila przerwy, herbatka i postanawiamy ruszać znowu w las. Tym razem budowniczy zaserwował nam pełną warstwicówkę wraz z opisem 10 punktów i zaznaczonymi dwoma dodatkowymi, które należało zidentyfikować posiłkując się opisem geodezyjnym dostępnym na starcie. Przy użyciu kalkulatora, kątomierza i linijki należało te dziesięć punktów nanieść na mapę. W tym momencie zespoły wieloosobowe szybciej sobie poradziły, bo w końcu „co dwie głowy, to nie jedna“, a raczej „co dwa kalkulatory i kątomierze…“. Po naniesieniu wszystkiego co trzeba dziarskim krokiem wyruszamy, sprawne przebiegi, w jednym miejscu się trochę nie zgadzało (ale po pierwszym etapie już wiemy, że stowarzyszy budowniczy raczej nie stawiał i „bijemy“ trochę, jak na nasze linijki, za daleko postawiony punkt). Przez długie siedzenie na starcie poświęcone wykreślaniu kątów i odległości, w pewnym momencie stwierdziliśmy, że czasu zaczyna brakować i ostatecznie zaliczyliśmy kilka „chudych“.
Reasumując: Jesień Idzie to bardzo przyjemna impreza, typowo rekreacyjna, w bardzo miłej atmosferze, idealna zarówno dla początkujących, jak i starych (pardon, Panowie) wyjadaczy, którzy nie chcą sobie zaprzątać głowy zbyt dużymi utrudnieniami i wypominać budowniczemu złośliwość. A to, że jakiś lampion stoi przed górką, a powinien za, nie jest wielkim przewinieniem, przymykam na to oko i protestu składać nie będę 😉

W kolejnym odcinku dowiecie się, co „pewni Panowie“ z „pewnej Komisji“ zaproponowali „pewnej Pani“ z innej „pewnej Komisji”, a w międzyczasie tradycyjnie zapraszam do galerii, gdzie są zdjęcia nie tylko z opisywanej imprezy.

Możliwość komentowania 15 X 2011: XVI Jesień Idzie została wyłączona

Filed under Imprezy na Orientację